Menu

Książki Zbójeckie

O książkach, literaturze i czytaniu

O trudnej literaturze, która mnie zawstydza

avo_lusion

pexelsphoto287336

Żałuję szczerze, że najlepsza literatura, ta z najwyższej półki, nie jest moją umiłowaną. Przyznam, że ilekroć czytam recenzje krytyków, mam ochotę sięgnąć i przekonać się, w czym tkwi istota geniuszu. Co sprawia, że książka staje się w oczach znawców wybitna i godna wracania? Czy dostrzegę to, czy jestem na tyle bystra?  

Chcę czytać rzeczy różne, ale wybieram zazwyczaj coś, co nazwano czytadłami. Definicja czytadła nie jest oczywista: to literatura popularna, bestsellery, coś, co można uznać za dedykowane dla mas.

Czy to oznacza, że ja jestem masą? Czytelnikiem, który nie szuka niczego więcej, który nie potrafi z lubością zanurzyć się w trudnej narracji, w języku dla języka? Brzmi to strasznie. Jestem filologiem polskim. Poznałam arcydzieła od podszewki, każdą epokę roztrząsałam na wszystkie fronty, a ostatecznie w mojej biblioteczce lądują thrillery psychologiczne, kryminały i obyczajówki. Czy ze mną jest coś nie tak?

Pragnę dobrej literatury, ale nie potrafię do końca zaakceptować prozy, która nie niesie ze sobą opowieści. Potrzebuję tych dobrych historii, genialnie opisanych, świetnie skomponowanych. Chcąc przekonać się, jak smakuje to, co najlepsze, zakupiłam ostatnio „10 grudnia” George`a Saundersa. Matko! Nie dałam rady przebrnąć w zasadzie nawet przez pierwszą stronę. Wstyd mi kiedy słyszę, że to jedna z najgenialniejszych książek, jakie ostatnio wydano, ale mój umysł nie potrafi ogarnąć słów, pozlepianych ze sobą w sprytne zbitki, które ciągle wyprowadzają mnie w pole.

10grudniaopowiadaniabiext46043184

Powieść literacka to trudny kawałek dla czytelnika. Noszę jednak wiarę w to, że choć twórca chce się bawić językiem, może to pogodzić z czymś, co zaciekawi - fabułą. Gombrowiczowi się udało. „Translatlantyk” to przyjemność. Książki Masłowskiej również.

Współczesna, trudna proza, dusi mnie i zniechęca, choć przecież nie sięgałam po wszystko. Tęsknię do moich mistrzów, do tytułów, które potrafiły wbić mnie w fotel swoim przekazem i pięknem. Nigdy nie zapomnę „Lotu nad kukułczym gniazdem”, „Rzeźni numer pięć”, „Mechanicznej pomarańczy”, „Buszującego w zbożu”, „Innego świata” "Dżumy", a nade wszystko – „Lolity”. Wśród polskich autorów na pewno w moim sercu pozostanie Kuczok, Masłowska i Terakowska. Czy to już klasycy?

e2447236f693e70ee81c45e9b20214fflolitabookminimalistbook

Cały czas szukam złotego środka i równocześnie zastanawiam się, co mnie blokuje na czytanie tego, co najwybitniejsze? Kiedy przeglądam blogi literackie z najwyższej półki, mam ochotę czytać wszystkie te cudowne tytuły. Zadać sobie trud, pomęczyć się i doznać olśnienia.

Na studiach mówiono mi, że już zawsze będę czytać krytycznie, doszukując się intertekstualności, szlaków, motywów. To nie prawda. Szukam doskonałych opowieści, znakomicie napisanych. Takich, które zostawią we mnie ślad, zakotwiczą się w pamięci już na zawsze. Rzadko znajduję takie perły, ale udaje się – właśnie wśród czegoś, co krytyka wyższych lotów uznaje za niegodne. Taką książką w 2017 roku okazała się „Margo” Fisher.

Nie zmienia to faktu, że mi wstyd. Czuję się upośledzona, skoro nie podoba mi się to, co wychwalane przez najmądrzejszych. Z drugiej strony zastanawiam się, czy ja chciałabym pisać prozę trudną, która wyklucza wielu czytelników, podobnych do mnie. Pytanie: czy mogłabym coś takiego napisać? Gdybym zaprzeczyła sobie, wiem, że tak. I wiem też, że nie chcę tak pisać, bo jestem sobą i tylko tym mogę się wybronić.

Podsumuję to wypowiedzią Pauliny Małochleb (Książki na ostro), która tak napisała o książkach, które wyszły na polskim rynku w 2017:

A oprócz tego ukazało się wiele książek dobrych, po które sięgniemy, jeśli uda nam się wyciągnąć głowę spomiędzy kolejnych zapowiedzi i nowości. I bardzo wiele słabych, przeciętnych, źle napisanych, robiących z czytelnika idiotę, wyciśniętych pod przymusem umowy wydawniczej.

 Uderzają mnie ostatnie słowa. Wiem, jak wiele w nich prawdy. Wiem, jak wielu pisze, by znaleźć wydawcę, jak bardzo rynek stara się dopasować do czytelnika. Z drugiej strony, czy wszystkie czytadła robią ze mnę idiotkę? Nie. To ja sama mogę z siebie zrobić idiotkę sięgając po to, co jest marne. 

Alice Feeney, Czasami kłamię | Recenzja >

< Płytka woda, czyli o "Wdowie" Fiony Barton | Recenzja

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

© Książki Zbójeckie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci